O autorze
Na przystawkę w karierze życie serwowało mi role teatralne, w miejsce zupy dubbing, na danie główne role filmowe. Między posiłkami sięgnęłam po produkcję filmową i własną firmę, którą jest studio dubbingowe Film Factory Studio. Na deser mierzę się teraz z wysoko kaloryczną dyrekturą teatru w Lesznie. Jaką pozycją w moim menu będzie Gambia, kraj, który mnie zafascynował? Bardzo ważne jest dla mnie kto siedzi wokół mojego stołu życia, czy jest zadowolony, najedzony, zachwycony ucztą, czy są tam psy, koty i czy jest miłość. Ta ludzka, ta psia, ta do sztuki, jedzenia, autentyczności, talentu i ambicji. Czy wspomniałam, że lubię jeść?

Gambia - kraina uśmiechu

Mój codzienny śniadaniowy towarzysz
Będą się do Ciebie uśmiechać czy tego chcesz czy nie. To będzie prawdziwy horror introwertyka. Przed tym nie uciekniesz, nawet gdybyś chciał, bo szybko biegają i wcześniej czy później dopadną Cię i co gorsze oprócz uśmiechu będą Ciebie naprawdę ciekawi. Nie spytają jaki masz samochód. Będą chcieli podać Ci z pięć razy rękę, lub uściskać Cię z całego serca, bo jesteś ich gościem. Człowiekiem. Przybyszem z innej kultury. A co dziwniejsze, przytulą Cię nie dlatego, że masz willę w Konstancinie, tylko dlateg,o że są ludźmi, którzy spotkali drugiego człowieka.

Zachwyt i romantyzm skończył się w chwili kiedy postanowiłam otworzyć drzwi i wyjść na plażę.
Otóż młody Gambijczyk mocował się trochę poprzedniego wieczoru z zamkiem w drzwiach do mojego pokoju, ja bowiem w tej sprawie poległam. Kluczem można było otworzyć drzwi tylko z zewnątrz. W środku była li tylko klameczka. I rano klameczka odmówiła współpracy. Ocean za oknem, nikogutko wokół i ja sama w pokoju. Po chwili paniki, przyszło podziwiać ocean przez okno…
Mniej więcej po godzinie usłyszałam ludzką mowę i zakrzyczałam o pomoc. Zdumiona do granic Brytyjka zawołała przemiłego Gambijczyka, ten pogmerał w zamku i wreszcie mogłam wyjść. Poprosiłam o naprawienie zamka. Yes, we will fix it – usłyszałam. Przez cały mój pobyt w Kololi nikt się nie pojawił w tej sprawie. Jakoś nie miałam pretensji. Po kilkunastu próbach zamykania i otwierania, zaprzyjaźniłam się z mechanizmem, bo był specyficzny, ale w końcu rozkminiłam patent na zamek. Nauki taty nie poszły w las: nie możesz wroga unicestwić, to się z nim zaprzyjaźnij :-)
Po krótkim rozpoznawczym spacerze, czas było rozpocząć poranną toaletę, jako, że wieczorem zmęczenie nie pozwoliło mi zajrzeć do łazienki. Kurki do wody dziwne, ale przystępne. Na ciepłą wodę nie miałam cierpliwości czekać, ale teżi nie była niezbędna, bo rano powietrze miało temperaturę 24 stopni. Toaleta zapchana, nie da się spłukać… Proszę o naprawę. Dziwią się, ale potakują, mówią – we will fix it. Kadi, „cleaning lady” usiłuje się mocować ze spłuczką, ale niewiele z tego wynika. Zostaję z toaletą sam na sam. Po dwóch dniach mieszkania z niespecjalnie ładnie pachnącym kibelkiem, zaczynam go rozpracowywać. Otóż system jest „brazylijski”, wystarczy chwilkę mocniej przytrzymać spłuczkę, woda się nabiera, a potem wsysa nieczystości wgłąb… Dwa dni… Blondynka… Ale, dałam radę.
Kiedy po porannej toalecie ubieram koszulkę i szorty słyszę dziwny dźwięk, jakiś tupot… Nie, właściwie tupocik. Zauważam czarnego owada wielkości kciuka, który w panice obiega pokój z prędkością światła. Brzydzę się ogromnie tego rodzaju stworzeń, ale dzielnie ze szklanką w dłoni próbuję intruza złapać. Humanitarnie, normalnie chcę go złapać i wypuścić na wolność, jak pająki u mnie na wsi. Porażka. Po godzinie rezygnuję i ordynarnie, wstyd mi ogromnie, przyznaję, unicestwiam koleżkę klapkiem.
Kadi jest zdziwiona obecnością mojego ukatrupionego gościa. Poleca zamykać zawsze drzwi, bo skoro wczoraj wietrzyłam, to mogę się jedynie cieszyć, że zadomowił się tylko jeden okaz. Mogło być ich znacznie więcej i to różnego gatunku. Miałam szczęście. Od tej chwili zamykam drzwi skrzętnie i żadnych gości nigdy potem nie mam.
Oglądam hotel. Dobrze wybrałam. Żadnych luksusów. Obiekt jest utrzymany w afrykańskim stylu. Czysto, wszędzie bardzo zielono, widzę sporo palmowego starodrzewia, ale też skrzętnie podlewane nowe małe roślinki.
W ogromnej altanie przy basenie obsługa restauracji serwuje śniadanie. Przyzwyczajona do różnych kurortów, nie umiem ukryć zdumienia na widok śniadaniowej oferty: bagietka, mielonka i żółty ser, dwa rodzaje dżemów, arbuz i banany podzielone na cząstki, płatki, mleko i kawa. Tyle. Skromnie. Ale mielonka smaczna, od lat jej nie jadłam, kawa z mlekiem to nie kawa, a napój kawowy, tak jak lubię… Nie szukałaś luksusów Kawko… No i dobrze jest. Śniadanie jest całkiem smaczne.
Pierwszy dzień mojego pobytu to akomodacja. Taki jest plan.
Spotykam się z panią rezydent, która udziela nam podstawowych informacji na temat pobytu, a potem idę w miasto.
Biuro podróży oferuje mi sporo wycieczek dodatkowych. Biorę dwie. Pierwsza na wyspę Kunta Kinte ( dawniej St James Island, literackiego niewolnika znanego z serialu „Korzenie” oraz do parku Makasutu. Jeśli mi się spodoba, kupię więcej.
Każda wycieczka kosztuje około 50 Euro od osoby.
Pani opowiada trochę o samej Gambii, o życzliwości i otwartości Gambijczyków. O tym ostatnim przekonam się jak tylko zdecyduję się opuścić bramy hotelu.
Każdy napotkany Gambijczyk chce cię zapytać jak się masz i chwilę pogadać. Tak mają i już. Czy jesteś sam czy w towarzystwie, rozmowy nie odpuszczą. Toteż zanim dotrę na obiad usta bolą od uśmiechu i odpowiadania: I am fine. Thank you. Ale na tym nie koniec. Where are you from? I tu następuje kolejnych siedemset pytań, najpierw mylą Poland z Holland, potem pytają gdzie leży Polska, jak się czuję na wakacjach i czy w Gambii jestem pierwszy raz. Byłoby to niezwykle urocze, gdyby nie ilość ludzi, rozmów i pytań. Każdy oferuje swoje usługi jako przewodnik. Za jakąś nienachalną opłatą oczywiście… Wybieram hiszpańską knajpkę, gdzie wydaje mi się najbardziej kameralnie. Rzeczywiście nikt mnie nie niepokoi. Zjadam wielką porcję krewetek w towarzystwie kompletnie pijanego Brytyjczyka lub Holendra, nie artykułował już, więc języka nie usłyszałam… Dwie Gambijki na zmianę pilnują, aby nie spadł z krzesła. Robią to bez cienia komentarza na twarzy i z troskliwym uśmiechem.
Nie bez powodu Gambię nazywa się „krainą uśmiechu”.
W wikipedii można przeczytać, że Gambia jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Kiedy poznam nieco lepiej ten kraj, skonstatuję, że to gorzka prawda. Gambijczycy zarabiają kilkadziesiąt Euro miesięcznie, jedzą często ryż z cebulą, ale nigdy nie spotkałam się tam z narzekaniem.
Domnik Skurzak, podróżnik i znawca Gambii mówi o Gambijczykach samą prawdę:
„Będą się do Ciebie uśmiechać czy tego chcesz czy nie. To będzie prawdziwy horror introwertyka. Przed tym nie uciekniesz nawet gdybyś chciał bo szybko biegają i wcześniej czy później dopadną Cię i co gorsze oprócz uśmiechu będą Ciebie naprawdę ciekawi. Nie spytają jaki masz samochód. Będą chcieli podać Ci z pięć razy rękę lub uściskać Cię z całego serca bo jesteś ich gościem. Człowiekiem. Przybyszem z innej kultury. A co dziwniejsze przytulą Cię nie dlatego że masz willę w Konstancinie tylko dlatego że są ludźmi, którzy spotkali drugiego człowieka. Sytuacja staje się krytyczna kiedy chcą spędzić z Tobą chwilę na rozmowie o tym co dla Ciebie ważne w życiu. Trzeba na to bardzo uważać bo łatwo przegapić moment kiedy się przed nimi otworzymy i obdarujemy kogoś szczerym uśmiechem. Wtedy dochodzi nawet do swego rodzaju aktów przemocy kończących się zaproszeniem nas do domu i przedstawieniem nas całej rodzinie.”
CDN
Trwa ładowanie komentarzy...