Gambia znaczy rzeka

Trochę jeżdżę po świecie, ale ta podróż zafascynowała mnie niezwykle. Zauroczyło mnie to miejsce. Pomyślałam więc, że opiszę je, jako, że informacji w necie jest niewiele, więc może moje refleksje komuś się przydadzą. Po małych zawirowaniach politycznych, które w kolejnej części opiszę, myślę, że Gambia będzie bardzo popularnym wakacyjnym kierunkiem, bo bardzo bezpiecznym.

Wąski pasek ziemi “wycięty” z terytorium Senegalu, zawdzięcza swoją nazwę rzece, która stanowi najważniejszy element miejscowego krajobrazu. Woda - w wielu kulturach symbol życia - odegrała w Zachodniej Afryce także tragiczną rolę. To właśnie wodami Oceanu Atlantyckiego, do którego uchodzi rzeka Gambia, płynęły statki z niewolnikami do Ameryki Północnej. Gambia była jednym z największych ośrodków handlu niewolnikami - z obliczeń historyków wynika, że wywieziono stąd aż trzy mln ludzi!

Po wielu miesiącach intensywnej pracy wśród tłumu ludzi, w sporym stresie i pod wysokim ciśnieniem otwarcia nowej sceny teatralnej w Lesznie, w listopadzie zapragnęłam słońca i samotności. Nie jestem wytrawnym podróżnikiem, nie przepadam za luksusem, ale lubię ciekawe egzotycznie zakątki i kocham poznawać nowe miejsca i nowe smaki. Profil poszukiwań: Słońce, samotność, egzotyka, jedzenie i tanio. Sprawdziłam Mauritius, Capo Verde i…. ale to lot wydał mi się za długi, a to lokacje raczej zbyt luksusowe, no i nie na moja skromną kieszeń. Wtedy moją uwagę przyciągnęła Gambia.
Słońce jest gwarantowane przez cały rok. Przepiękne, szerokie piaszczyste plaże ciągną się kilometrami i jest szansa na czas z samym sobą. Znakomite, różnorodne jedzenie i wspaniałe restauracje, by moje podniebienie wypoczęło. Na dodatek mają świetnie rozwiniętą ekoturystykę, między innym dlatego, że na chemiczne wspomaganie jeszcze nikt tam nie wpadł. Gambia to jeden z najbezpieczniejszych kierunków turystycznych na świecie. Mogę wymieniać jeszcze długo, ale mimo wszystko, niespecjalnie umiem wytłumaczyć dlaczego z wielu ofert wybrałam wyjazd właśnie do Gambii… Że wybrałam słusznie, dowiedziałam się sercem. Tym, co się czuje od ludzi. Ich nieprawdopodobną jedność i wiarę w uśmiech i dobro. To kraj ludzi, którzy kochają żyć i rozwalają system cudowną, dobrą energią. Słabo kradną, prawie wcale, za to otoczą cię sowicie opieką. Gdziekolwiek w Gambii się udasz, zawsze znajdziesz pomoc i życzliwość. Jeden z moich przyjaciół, przewodnik w Gambi, Kemo powiedział: Gambia means river, but firstable means unity.
Gambia nie należała do najdroższych destynacji, a przynajmniej tak się na początku wydawało, jednak najistotniejszym argumentem ‘za’ był brak internetu w tym kraju i bardzo drogie połączenia telefoniczne. Tak, nie żartuję, tak było. „ Nikt mnie nie będzie niepokoił z Polski” - pomyślałam i kliknęłam myszką. Kupiłam ofertę grudniową. 3500 zł za tydzień w Gambii, w trzygwiazdkowym hotelu, z samym śniadaniem. Jestem potwornym smakoszem i uwielbiam jeść lokalne potrawy, a hotele nie są specjalnie kreatywne ani wierne lokalnej kuchni. Zwykle serwują kuchnie fusion, a mnie się zamarzyły ekstrema.
Liczę, że na 7 dni potrzebuję dodatkowo około 400 zł z napiwkami, ale wymieniam 500 Euro, na wszelki wypadek. Wszędzie czytam, że za około 50 zł dziennie spokojnie się wyżywię. Okazało się, że niekoniecznie. Ale o tym też później.
Firma podróżnicza ubezpieczyła mnie solidną kwotą, ale czytam, że w razie choroby czy wypadku muszę opłacić leczenie sama, firma ubezpieczeniowa zwróci mi koszty w kraju. I zaczęły się schody. Niewiele o Gambii można przeczytać w necie, więc kupiłam jedyny na rynku przewodnik pt. „Gambia, kraina uśmiechu”. Nauczyłam się książeczki prawie na pamięć, co nie co udało się wyłowić jednak z prywatnych blogów i z tą wiedzą rozpoczęłam przedwakacyjne przygotowania.
Najpierw zdrowie, czyli szczepienia. W folderze biura podróży stało jak byk, że szczepić się nie potrzeba. Ponieważ mam skrupulatną wspólniczkę w naszym Film Factory Studio, do stacji szczepień zostałam kategorycznie odesłana. Mniemam, że nie chce ona zostać „firmową wdową”… Pani doktor, poproszona o radę ogłosiła, że szczepienia są konieczne. Biura podróży zapewne boją się, że kiedy Polak zobaczy, że musi dopłacić ok 700 zł od osoby za szczepienia, z oferty nie skorzysta. Poddałam się wszystkim potrzebnym szczepieniom (aby zadziałały należy je wykonać co najmniej 10 dni przed wyjazdem)i z receptą w dłoni udałam się do apteki w celu zakupienia leku „Malarone, który ma uchronić mnie przed wirusem malarii, na którą to szczepionki jeszcze nie wynaleziono. Lek należy przyjąć dwa dni przed wyjazdem i siedem dni po powrocie z Afryki. W aptece kolejna niespodzianka. Dwa opakowania leku, bo tyle mi potrzeba, kosztuje ponad 400 zł. Wszystko razem 1100zł od osoby więcej… Ponad 2000 od pary. Hm… No cóż, trzeba wysupłać. Ale myślę, że uczciwie byłoby o tym turystę poinformować przed sprzedaniem wycieczki. Można jechać bez szczepień i leków, jakkolwiek po moim pobycie w Gambii wydaje mi się to wysoce ryzykowne. Zakupiłam silny środek przeciwko ugryzieniu komarów- Mugga, żel po ugryzieniu, podstawowe leki na ewentualną alergię, krem z filtrem na twarz. Wrzuciłam do walizki klapki, trampki, koszulkę, spodenki , jedną sukienkę, strój kąpielowy, pareo i mały plecaczek na wypady wycieczkowe i szlus. Jestem gotowa do wyjazdu. Powinnam była zaopatrzyć się też w kilka świec, ale tego przed wyjazdem nie wiedziałam. Awarie prądu są tam na porządku dziennym. Na moje pytania kiedy włączą, tubylcy zwykle odpowiadali: Bóg wie. I z uśmiechem dodawali: This is Africa.
Na lotnisku Chopina wszystko idzie sprawnie. Lot ma trwać 8 godzin. Z wrażenia nie zjadłam śniadania, toteż w strefie bezcłowej kupiłam kanapkę z jajkiem. I w samolocie kolejne zdziwienie. Lot trwa godzin dziesięć, bo międzylądowanie i tankowanie na Gran Canaria przedłuża się o prawie godzinę . Na pokładzie czarterowego samolotu za darmo jest tylko woda, a i ona kończy się w połowie lotu i po paru godzinach i za nią trzeba słono zapłacić. Błogosławię więc kanapkę ze strefy bezcłowej. Na krótko. Po kilku godzinach jestem głodna. W bufecie samolotowym są kanapki, czipsy, rosołek sztuczny, soki, kawa herbata, jakieś batony słodkie i wino. Wszystko kosztuje ciężkie pieniądze. Kanapka podobna do tych ze stacji benzynowych kosztuje 16 zł. Reszty już nie liczyłam. Prawie 200 zł wydałam na pożywienie. W którymś momencie lotu je się chyba z nudów… Widziałam wielu współpasażerów wyjmujących domowe kanapki z bagażu. Nie mam pojęcia jak ich z tym wpuścili na pokład…. Ale następnym razem zrobię sobie wypasione jedzonko w domu, obiecuję sobie. Bo następny raz, proszę państwa musi nastąpić…
Doleciałam. Po godzinach włóczenia się po lotniskach jestem dowieziona do mojego hotelu o nazwie Holiday Beach Club. Przemiły Gambijczyk podaje mi klucz, pytam o klimatyzację. „Nie potrzeba ci”- odpowiada, „masz pokój z pięknym widokiem”. Przyjmuję do wiadomości. Jestem tak zmęczona, że o klimatyzacji pomyślę jutro, jak Scarlet…
Idę do pokoju. Ciemności gambijskie wokół. I jeszcze morze huczy przeraźliwie, ale jest ciemno i figę widać. Wietrzę pokój, bo czuję dziwny, specyficzny zapach środka odkażającego.
Moją walizkę taszczy pięciu Gambijczyków, nie wiedzieć czemu, bo jest lekka. Odpowiedź otrzymuję na patio mojego pokoju. Chłopaki chcą „nawiązać relację” z białą kobietą z Europy. Prześcigają się w komplementach, umizgują…. Czuję się dziwnie… Po chwili orientuję się, że oni założyli z góry, że przyjechałam w sprawie tzw.”seksturystyki”. Trzeba kilku dni i paru zdarzeń, aby zrozumieli, że jestem tu w zgoła innym celu. Z trudnością, ale udaje się ich pokojowo odprawić po dwóch godzinach, choć bardzo walczą. Mają po dwadzieścia kilka lat, ja prawie pięćdziesiąt… Biedne dzieciaki, marzą o wizie do Europy, myślę i udaję się odpocząć. Nie wiem jeszcze jak się zachować, aby ich nie urazić. Tego wieczoru nie wiem też, że od jutra każde moje wyjście „na miasto” będzie się równało z pojawieniem się conajmniej Moniki Belucci… Ach, żegnaj wymarzona samotności.
Rankiem budzi mnie huk fal. Niespełna 50 metrów od mojego patio szaleje najprawdziwszy ocean atlantycki. Już nie myślę o pokoju z klimatyzacją. Odtąd ocean będzie mnie budził i kołysał do snu wieczorem. Przewspaniały żywioł. Będę za nim tęskniła w moim domu na wsi.
CDN
Trwa ładowanie komentarzy...